Dwa oblicza Mołdawii

Mołdawia, a dokładnie Republica Moldova ze stolicą w Kiszyniowie. 3,5 miliona mieszkańców. Graniczy z Ukrainą i Rumunią. W wyniku konfliktu oddzieliło się od niej Naddniestrze. Określana jako najbiedniejszy kraj w Europie. Czyli jednym słowem – musimy ją odwiedzić.

DSC04233
Wjeżdżając od strony Rumunii granicę przekraczamy w Albita. Na przejściu problemów nie ma. Rumuni zaglądają nam do paszportów, sprawdzają papiery samochodu i droga wolna. Po mołdawskiej stronie więcej ceregieli. Sprawdzają bagażnik, paszporty, dowód rejestracyjny. Celnik odzywa się do mnie po rosyjsku. Odpowiadam mu po angielsku i słyszę: Ty z Polski i nie mówisz po rosyjsku? Tłumaczę mu że niewiele już pamiętam. Celnik: Ty umiesz tylko nie chcesz. Ale ja Mołdawia nie Ruski – śmieje się. Każe nam kupić winiety (3 euro na 7 dni) i możemy jechać. Wymieniamy jeszcze kasę (1 zł to ok. 5 mołdawskich lei, a 1 euro to 22 leie) i ruszamy do stolicy.
Do Kiszyniowa mamy ok. 100 km. Droga bardzo ładna, asfalt płaski jak stół. Jedziemy przez wzgórza na których rosną winorośla, później zaczynają nas otaczać lasy. Jazda jest przyjemna.
Dojeżdżamy do stolicy. I tutaj pierwszy problem. W nawigacji nie ma mapy Kiszyniowa a korzystanie z nawigacji online w komórce jest nieopłacalne. Pobranie 1 mb to koszt ponad 30 zł. Posługujemy się uproszczonym planem miasta w przewodniku.  Kojarzę że nasz nocleg ma się znajdować gdzieś w centrum w okolicach jeziora. Ponieważ wiele ulic w centrum jest jednokierunkowych jazda nastręcza niemałe trudności. Ale jak to mówią: koniec języka za przewodnika. Najpierw pomaga nam młody chłopak z którym rozmawiamy po angielsku a później gość, który akurat był zajęty liczeniem sporej ilości gotówki w samochodzie. Ten dzwoni do swojej panny, prosi o sprawdzenie gdzie jest podawany przez nas adres i tym razem po rosyjsku tłumaczy jak mamy jechać. W końcu po godzinie kręcenia się po mieście jesteśmy na miejscu.

Już wcześniej przez booking zarezerwowaliśmy nocleg w Vila Olga. Z opisu wygląda super. Ładne pokoje, wanna z hydromasażem, basen, sauna, zadaszony parking. Cena to 20 euro. Rzeczywistość okazuj się, delikatnie mówiąc, nieco odmienna. Po pierwsze nasz pokój zajmuje już ktoś inny. Ale nic to. Nasze nowe lokum też jest duże i ładne. Darmowy parking to miejsce na ulicy. Ten zadaszony parking mieści jeden samochód i przypuszczam że jest to pojazd właściciela. Basenu i sauny nie zauważyliśmy. Jest za to zapowiadana wanna z hydromasażem.
Jeżeli ktoś nie włada rumuńskim, mołdawskim lub rosyjskim będzie miał spore problemy aby porozumieć się z personelem. Na szczęście nauka rosyjskiego w szkole podstawowej nie poszła w las i łamanym polsko-rosyjsko-angielskim dogadujemy się z rządzącym w recepcji gościem. Prosimy go jeszcze o zarezerwowanie nam dwóch miejsc na zwiedzanie wytwórni win w Cricova. Mówi oczywiście że nie ma problemu i zaraz zadzwoni.

Zanim przyjechaliśmy do stolicy Mołdawii przeczytaliśmy na forach różne opinie o tym mieście, które w zasadzie sprowadzały się do jednego: Będąc w Kiszyniowie nie nastawiajcie się na wiele. Jeżeli ktoś był w Podgoricy (stolica Czarnogóry) to Kiszyniów też go nie zaskoczy.
Byliśmy w Podgoricy ładnych kilka lat temu i istotnie, dupy nam nie urwała. Mówiąc szczerze jest to najbrzydsza stolica jaką zwiedzaliśmy (w odróżnieniu od reszty kraju, który uwielbiamy). Nie nastawiamy się więc również w Kiszyniowie na żaden szał.
Zostawiamy manele i ruszamy. Zaraz obok Vila Olga znajduje się park Valea Morilor. Dużo zieleni, ławeczki, alejki. Po środku jezioro. Jest ładnie. Dużo ludzi. Siedzą na trawnikach, jeżdżą rowerami. Co kilkadziesiąt metrów gra jakiś zespół, występuje iluzjonista lub żongler. Bardzo fajna atmosfera.

My po spacerze przez park dowiadujemy się jak dojść do centrum. Marsz zajmuje nam ok. 20 minut. Domy różne. Część odnowiona i ładna ale jest też wiele budynków błagających wprost o odrobinę farby.
Dochodzimy do głównej ulicy Kiszyniowa, która nosi imię Stefan cel Mare czyli Stefana Wielkiego i Świętego. Jest to związane z postacią Stefana III Wielkiego, władcy Mołdawii, który stworzył niepodległe państwo i utrzymał je pomimo zakusów Węgrów, Polaków i Osmanów.

DSC04284
Budynek Parlamentu

Tutaj sytuacja wygląda nieco lepiej. Co prawda trwa remont chodnika ale budynki już w większości odnowione. Mijamy budynek parlamentu i dochodzimy do Parku Stefana Wielkiego przy którym stoi jego pomnik. Tutaj bulwar znacznie się rozszerza. W jedną i drugą stronę samochody jeżdżą po kilku pasach. Co ciekawe, na ulicy nie są wymalowane żadne pasy.
Po jednej stronie ulicy wznosi się gmach, który jest siedzibą rządu Mołdawii. Po drugiej możemy zobaczyć Łuk Triumfalny. Został on wzniesiony przez Rosjan w 1841 roku w celu uczczenia zwycięstwa nad Turkami. Na nim znajduje się ogromny zegar i mosiężny dzwon.
DSC04299
Bezpośrednio za Łukiem Triumfalnym rozpościera się Park Katedralny. Znajduje się tutaj wzniesiona w latach 1830-1836 Cerkiew Narodzenia Pańskiego. W chwili obecnej ma rangę Katedry Mołdawskiego Kościoła Prawosławnego.
DSC04291
Spacerujemy dalej główną ulica stolicy. Oglądamy m.in. bardzo ładny Ratusz Miejski, teatr. Ogólnie Kiszyniów nam się podoba. Na pewno bije Podgoricę na głowę.
Co nas zaskoczyło? Samochody. Takie fury jakie jeżdżą po Kiszyniowie to w Trójmieście rzadko się uświadczy. Jednym słowem luksus.
Ludzie chodzą uśmiechnięci. Mołdawianki są śliczne. Umieją się ładnie ubrać.
No ale ile można chodzić głodnym? Na zapleczu parku katedralnego znajdujemy restaurację serwującą bliny. Wiem, że na noc nie powinien się człowiek najadać (a jest już po 21) ale co tam. Kupujemy po blinie i piwo. Są pyszne i sycące. Za wszystko płacimy 85 lei (ok. 17 zł).

Czas wracać. Jutro czeka nas zwiedzanie winnic (a przynajmniej tak nam się wówczas wydawało).
Noc ciężka. Na dworze ujada stado psów. Spać nie można.

Pakujemy się i chcemy ruszać do Cricovej. Niestety, okazuje się że pacan z recepcji zapomniał zadzwonić i nie mamy rezerwacji! Dziewczyna która zmieniła go w recepcji stara się nam pomóc. Niestety ona nie mówi po angielsku, rosyjski też kiepsko a ja po rumuńsku umiem tylko powiedzieć buna ziua (dzień dobry) i securitate. Żadne z tych słów raczej w konwersacji mi nie pomoże (a już zwłaszcza to drugie).  Na szczęście udaj nam się dogadać. Dziewczyna naprawdę się stara. Dzwoni do Cricovej, gdzie okazuje się że dzisiaj (jest niedziela) jest nieczynne. Rezerwuje nam wizytę na poniedziałek na 13.00 z rosyjskojęzycznym przewodnikiem. No nic nie zrobimy. Postanawiamy zostać jeszcze jeden dzień.
Mówi się, że w Mołdawii warto odwiedzić trzy miejsca: tunele w Cricovej, Orheiul Vechi z wykutymi w skale celami mnichów i twierdzę w Sorokach. Ponieważ do winnic wybieramy się nazajutrz a do Soroków jest ok. 160 km ruszamy do Orheiul Vechi. Jest to kompleks historyczno-archeologiczny, położony nad rzeką Reut. Pomiędzy XIII a XIX wiekiem istniało tam pięć męskich klasztorów wykutych w skałach. Teraz leżą one w granicach Parku Narodowego Orgiejów. Bilet wstępu to 10 lei od osoby (czyli ok. 2 zł).
DSC04271
Na miejscu spotykamy małżeństwo z Lublina (Paweł, Jola pozdrawiamy!!!!) które również podróżuje po Europie. Wymieniając uwagi na temat dotychczasowych miejsc które widzieliśmy w Rumunii i Mołdawii zwiedzamy razem kompleks klasztorny i wykute w skałach cele mnichów. Warto.
DSC04265
Wracamy do stolicy. Chcemy coś zjeść i zrobić zakupy. Trafiamy do Galerii Handlowej Moldova, zwanej przez miejscowych Mold. Znów uderzamy w bliny. Robimy też zakupy (głównie wino). Ponieważ godzina jeszcze młoda spacerujemy po centrum Kiszyniowa i wieczorem wracamy na kwaterę. W nocy powtórka z psiego koncertu. Nigdy jeszcze nie skrzywdziłem zwierzęcia ale jestem bliski uczynienia wyjątku.

Rano postanawiamy ruszyć do Cricova nieco wcześniej. Jesteśmy tam przed 11. Może uda się wejść szybciej niż przewidywała rezerwacja. Okazuje się że faktycznie nie ma z tym żadnego problemu. Jesteśmy na liście rezerwacji, przenoszą nas na 11.00 i w dodatku mamy anglojęzycznego przewodnika (bardzo ładna dziewczyna. Jak 80% Mołdawianek). Wycieczka tania nie jest. Za osobę płacimy 320 mołdawskich lei (łącznie za dwie osoby to ok. 130 zł). Wycieczka trwa 1,5 godziny.
Miejscowe przysłowie mówi że Bóg po to stworzył Mołdawię , żeby było gdzie wytwarzać wino. I coś w tym jest. Tunele Cricovej, gdzie wytwarza się wino i szampana zajmują ok. 100 km, z których obecnie wykorzystywanych jest ponad 60 km. Korytarze są pełne beczek z winem. Są na tyle obszerne że mieszczą się tam ciężarówki Kamaza. Jest tam nawet podziemne kino.
DSC04315
Ciekawy jest proces produkcji szampana. Butelki ułożone są szyjkami na dół i Musza być codziennie przekręcane aby osad spłynął do szyjki. Robią to ręczne pracujące tam cztery kobiety. Każda musi przekręcić 15 tysięcy butelek dziennie!!!!
DSC04322
W Cricovej znajdują się również sale gdzie można urządzać niezłe imprezy. Przewodniczka opowiada nam że w jednej z sal przed lotem w kosmos świętował Juri Gagarin. Chlał przez dwa dni zanim go na orbitę wysłali. W sumie trudno się dziwić. Na trzeźwo też bym do Wostoka nie wsiadł. Teraz ta sala nosi imię pierwszego sowieckiego kosmonauty.
DSC04357
Dowiadujemy się również że podziemiach swoje 50-te urodziny obchodził Władimir Putin. Znajduje się tam także kolekcja jego win. Zresztą nie tylko jego. Inne znane osobistości również przechowują tam swoje zbiory. Znajdujmy m.in. wina Donalda Tuska.
DSC04348
„Wina Tuska”

Po wyjściu na powierzchnię odwiedzamy miejscowy sklep gdzie uzupełniamy naszą domowa kolekcję trunków J

Ruszamy w stronę Rumunii. Do granicy mamy 250 km. Krajobraz wyraźnie się zmienia.  Jadąc na południe wjeżdżamy na teren Autonomicznego Terytorium Gaugazi. Na tym terenie mieszkają Gaugazi. Kim oni są? Według jednej opinii jest to grupa etniczna, według innej naród (tą opinię oczywiście wyznają oni sami). Mają pochodzić bezpośrednio od Turków, sturczonych Bułgarów lub nawet sturczonych Greków. Językiem obowiązującym jest gagauzki, mołdawski i rosyjski z czego dominującym jest ten ostatni. Widać to na ulicach gdzie wszelkiego rodzaju reklamy, sklepy itp. opisane są cyrylica. Do niedawna dochodziło nawet do pobić osób mówiących po mołdawsku.
DSC04368

Droga robi się coraz gorsza. Popękany asfalt, dziury. W mijanych wioskach widać biedę. Silny wiatr hula po spalonych słońcem polach. Wjeżdżamy do stolicy Gaugazi, którą jest 26-cio tysięczny Komrat. Jedziemy główną ulicą, która nosi imię wodza rewolucji – Lenina. Nawierzchnia jest fatalna a miasto jest po prostu brzydkie.
Aby dojechać do granicy z Rumunią a jednocześnie nie wjechać na terytorium Ukrainy musimy odbić od głównej drogi. I tu zaczyna się horror. Do przejechania mamy 15 kilometrów które pokonujemy w półtorej godziny. Droga wygląda jakby najpierw przejechał przez nią pułk czołgów ciężkich, potem zbombardowały ciężkie bombowce a potem jeszcze przespacerowała się tam Godzilla. Tutaj nie ma alternatywy – wjedziesz w dziurę czy nie. Tutaj alternatywą jest czy wjedziesz w dużą czy bardzo dużą dziurę. Jakim cudem nic nie urwaliśmy tego nie wiemy.
DSC04369

Dojeżdżamy do przejścia granicznego w Giurgiulești. Kolejka samochodów spora. Na stacji benzynowej tankujemy do pełna (paliwo jest tańsze niż w Rumunii) gdzie wydajemy resztę mołdawskiej waluty.
Na granicy młody celnik, z którym rozmawiamy po rosyjsku, prosi nas o paszporty, dokumenty samochodu i „zieloną kartę”.
- Co proszę? Jaką zieloną kartę?
- No ubezpieczenie.
- Nie mam zielonej karty.
- To jak tu wjechaliście?
- Normalnie, przez granicę. Twoi koledzy nas wpuścili.
- Ale bez zielonej karty ja was nie mogę wpuścić do Europy.
- Ale my tam mieszkamy a mieszkanie w Mołdawii nas nie interesuje. No i co teraz zrobimy?
Młody gdzieś poszedł z naszymi papierami. No i mamy problem. Zupełnie zapomniałem o tej „zielonej karcie”. No ale skoro nas wpuścili bez to niech nas teraz wypuszczą. Najwyżej zapłacimy karę i tyle.
Przychodzi kolejny pogranicznik. Każe otworzyć bagażnik.
- Alkohol, papierosy?
- Papierosów żadnych. Z alkoholu to 8 butelek wina.
- A wódka?
- Żadnej
- Ok, dziękuję.
Z budynku wychodzi młody z naszymi papierami w ręce.
- Polacy, możecie jechać. Do widzenia.
- Do widzenia.
Ruszamy i po chwili stajemy na przejściu z Rumunią. Tutaj sympatyczna celniczka (mówi do nas po rosyjsku) prosi o otwarcie bagażnika, pyta o alkohol i papierosy. Na informację o winach nie reaguje.
- Witamy w Rumunii. Tylko dalej mówcie już po angielsku.
Jesteśmy z powrotem w Rumunii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>