Podlasie – w krainie kapliczek i bocianów.

Plan był prosty. Jedziemy z Augustowa nad Wigry, tam 344 km do Białowieży i powrót wzdłuż granicy Białoruskiej do Augustowa. Razem tak z 600 km. Ale jak ktoś kiedyś powiedział „Plany przestają być aktualne w momencie ich realizacji”. Więc i my nasz lekko zmodyfikowaliśmy.

Dzień 1 czyli łosiu, gdzie jesteś?
Startujemy z Augustowa. Przedpołudnie jest pochmurne, w nocy nieźle musiało padać, na ulicach dalej są spore kałuże. Pogoda wyraźnie stara się nas przestraszyć. Ale „nie z nami te numery, Brunner”. Sakwy przypięte, humory dopisują.
Podczas wieczornej narady przedstartowej postanowiliśmy nieco zmodyfikować trasę. Zamiast nad Wigry ruszamy na południe w stronę Biebrzy.
Pierwszy odcinek to krajowa 8-ka. Ruch spory, dużo TIR-ów. Na szczęście pobocze jest szerokie i jedzie się nieźle. Po 5 kilometrach odbijamy w jedną z bocznych dróg. Szosa prowadzi przez Puszczę Augustowską. Ruch minimalny. Rozglądamy się na boki chłonąc ciszę i patrząc czy jakiś zwierz nie wyjdzie z lasu.
Po wyjechaniu na otwartą przestrzeń dolatuje do nas dziwny zapach. To tytoń, który tutaj rośnie.
Po przejechaniu 30 km docieramy do Śluzy Dębowo. Licząc od strony Biebrzy to pierwsza śluza Kanału Augustowskiego. Wybudowano ją w latach 1826 – 1827.
Jesteśmy już na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Powstał on w 1993r i jest największy w Polsce. No i pierwszym z trzech które odwiedzimy.
DSC05878
Droga prowadzi wzdłuż Biebrzy. Cisza i spokój. Jest pięknie. Asfalt się skończył, jedziemy szutrówką. Na rzece sporo kajakarzy. Niespiesznie docieramy do Dolistowa gdzie skręcamy w drogę 670 która doprowadza nas do Goniądza.
Miasto nas nie zachwyciło. W zasadzie nie ma w nim nic godnego uwagi. Jedynym interesującym miejscem jest taras widokowy z widokiem na Biebrzę. W pobliżu znajduje się punkt informacji turystycznej i biblioteka. Niestety informacja była już zamknięta a pani w bibliotece nie była zbyt zorientowana w temacie. Ale udostępniła nam ulotki informacyjne.
Po krótkim popasie ruszyliśmy do oddalonej o 10 km Twierdzy Osowiec.
Twierdza Osowiec pochodzi z drugiej połowy XIXw. Głośno zrobiło się o niej podczas I wojny światowej, gdy była oblegana przez 6,5 miesiąca przez niemiecki korpus. Niemcy do jej zdobycia użyli nawet gazów bojowych. Pomimo tego rosyjscy obrońcy nie skapitulowali. W związku z sytuacją na froncie musieli ją jednak opuścić i ewakuowali się. W chwili obecnej znajduj się tam muzeum. Niestety, w momencie gdy przybyliśmy na miejsce było już zamknięte. Szkoda ale nie można mieć wszystkiego.
Ponieważ nadchodził wieczór, czas najwyższy pomyśleć o noclegu. Mieliśmy namiary na trzy takie miejsca. Jedno w okolicy Osowca, drugie w Gugnach a trzecie w Laskowcu. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie. Aby tam dojechać musieliśmy pokonać Carską Drogę.
Przygotowując się do wyjazdu czytałem o tej drodze. Wiedziałem że liczy sobie 33 km i zbudowana została na potrzeby Twierdzy Osowiec. Nie wiem dlaczego wyobrażałem ją sobie jako drogę brukowaną lub szutrową, wąską, obrośniętą z obu stron wysokim żywopłotem. Moje zaskoczenie było całkowite. Szeroka, ładna, asfalt gładki jak pupa niemowlaka. Jazda po niej to sama przyjemność. Wzdłuż niej ustawione są gęsto znaki informujące w zabawny sposób o obecności jednego z największych zwierząt żyjących w naszym kraju a mianowicie łosia.

DSC05895
Ponieważ zdarzyło nam się już widzieć na wolności żubra, jelenia, dzika a niedźwiedzia i wilka widzieć byśmy nie chcieli, była nadziej na spotkanie z Alces alces, np. z osławioną Matyldą, o której wspominała nam koleżanka (Asiu, pozdrawiamy). Niestety, marzenia były płonne. Oprócz wielu rozjechanych węży i zająca (ten ostatni na szczęście był żywy) i sporej ilości ptactwa nie spotkaliśmy nic więcej.
Przy Carskiej Drodze zlokalizowana jest też kładkę prowadząca na bagna. Nie jest zbyt długa ale warto się nią przespacerować lub przejechać rowerem.
DSC05916
Po przejechaniu 98 km w upalnym i dusznym powietrzu dojeżdżamy do Stanicy pod Bocianem w Laskowcu. Tutaj zostajemy na noc.

Dzień 2  – nad polską Amazonką.

Rano jedziemy do Tykocina. Od Laskowca to tylko 20 km. Miasto nie jest duże, raptem 2000 mieszkańców, ale bardzo interesujące. Na wjeździe do miasta można zobaczyć zamek pochodzący z XV wieku. Znaczy w zasadzie to w tym miejscu stał zamek, który został rozebrany a obecna budowla jest rekonstrukcją. Ale i tak zobaczyć warto. Nam niestety nie udało się go obejrzeć. Trwała wówczas jakaś impreza zamknięta i zwiedzanie było niemożliwe.
Bardzo ciekawy jest Plac Czarnieckiego. Na samym jego środku stoi pomnik Stefana Czarnieckiego z 1763 roku. Podobno jest to drugi najstarszy po Kolumnie Zygmunta świecki pomnik w Polsce. Dookoła placu można zobaczyć zabudowę sięgającą XVIII i XIX wieku.
DSC05965
W Tykocinie godne uwagi są  XVIII-to wieczny Kościół parafialny pod wezwaniem Świętej Trójcy, Wielką Synagogę z 1642 r, gdzie obecnie znajduje się  Muzeum Kultury Żydowskiej, Dom Talmudyczny i Zespół Klasztorny Bernardynów. Ogólnie miasto robi na nas bardzo pozytywne wrażenie.
Ruszamy w stronę Narwi. Naszym celem jest Narwiański Park Narodowy, zwany też Polską Amazonią. Chcemy zobaczyć drewnianą kładkę nad rozlewiskiem, która łączy Waniewo ze Śliwnem.
Jest duszno i gorąco. Na horyzoncie przewalają się ciemne chmury. Od czasu do czasu słychać grzmoty. Na wszelki wypadek rozglądamy się za przystankami autobusowymi, gdzie będzie można się schronić przed deszczem.
Po przejechaniu drogi ekspresowej S8 asfalt zamienia się w piasek. Szału nie ma. Niestety jest to zapowiedź następnych dni.
W Kurowie znajduje się siedziba NPN. My jedziemy dalej do Waniewa. We wsi oprócz XIX-to wiecznego kościoła i kładki nic do oglądania nie ma. Ale warto tam pojechać właśnie ze względu na nią. Przeprawa nad Narwią liczy sobie 1050 metrów i jest na niej 5 promów, które pozwalają przepłynąć przez koryta rzeki. Wstęp jest płatny, bilet to 5 zł. Jeżeli ktoś myśli że uda mu się ominąć gościa sprzedającego bilety, niech zapomni. Facet jest bardzo mobilny, jeździ wzdłuż kładki na rowerze, sprzedaje i sprawdza bilety.
„Promy” brzmi dumnie. Tak serio są to pływające pomosty, które samemu należy przeciągnąć na drugą stronę. I wszystko byłoby ok., gdyby te pomosty były na równi z kładką a nie półtora metra niżej. A tak trzeba ściągnąć sakwy, przenieść je na prom, przenieść rowery, przeciągnąć prom, wystawić na kładkę rowery, przenieść sakwy, przyczepić i jazda. Aż do następnego pomostu. I tak w sumie 6 razy (pokonaliśmy 3 pomosty i zawróciliśmy).
DSC05982
Pogoda zaczyna się psuć. Nad głową czarne chmury, powietrze stoi. Wszystko jest aż lepkie. Zaczynają spadać pierwsze krople. Na nasze szczęście na tym się kończy. W oddalonym o 30 km Białymstoku było w tym czasie oberwanie chmury.
Jedziemy do Suraża. Tam chcemy znaleźć nocleg. Z Waniewa szlakiem to 28 km. Przy wyjeździe ze wsi można zobaczyć figurę NMP Niepokalanej z 1855r.
Suraż to jedno z najmniejszych miast w Polsce, liczące niewiele ponad 1000 mieszkańców. Nocleg znajdujemy w jednym z licznych gospodarstw agroturystycznych za 30 zł od głowy. Tego dnia przejechaliśmy 80 km.

Dzień 3 – Przez piaski Podlasia.
Rano ruszamy w kierunku Białowieży. Do przejechania mamy ponad 100 km, ale chcemy to pokonać w jeden dzień.
Przed opuszczeniem Suraża jedziemy jeszcze zobaczyć  Osadę Wczesnośredniowieczną Nawia oraz XIX-to wieczny kościół parafialny.
Kilka kilometrów od Suraża warto zatrzymać się przy kaplicy w Zawykach. Jest to miejsce kultu Matki Boskiej. Jej powstanie datowane jest na XVIII wiek. Podczas Powstania Styczniowego powstańcy powiesili tam popa Konstantyna Prokopowicza. Obok kaplicy można również zobaczyć drogę krzyżową.
Trzymamy się cały czas Podlaskiego Szlaku Bocianiego. Do Kożan towarzyszy nam asfalt, później niestety już tylko piach. Żeby jeszcze był twardy to dałoby się spokojnie jechać. Niestety, miejscami jest tak sypki że musimy schodzić z rowerów i je pchać. Z sakwami nie jest łatwo i wymaga sporo wysiłku.
DSC06184
Docieramy do Kaniuk. Jest to jedna z typowych Podlaskich wsi. Do osady wiedzie droga piaszczysta, w niej położony jest asfalt, a za znów tylko piasek. Przed większością domów ustawione są ławki. W sumie wydaje nam się że jesteśmy główną atrakcją tego dnia. Przynajmniej będą mieli o czym opowiadać wieczorem: „A wiesz, dzisiaj przez wieś przejechało dwoje wariatów na rowerach. Że im się chce w taki upał?”
Zarówno w tej jak i dwóch kolejnych wsiach nie widzimy żadnych sklepów. W ogóle ludzi jest mało a jeżeli już są, to w podeszłym wieku. W jednej z nich nawiązuję rozmowę ze starszym facetem jadącym rowerem. Pytam się jak im się tu żyje.
- Panie, za komuny było lepiej. Wszystko przez tą Solidarność. Trzeba ich kurwa pogonić.
- No a nie mogą wam tu jakiegoś asfaltu do wsi położyć?
- Oni tylko przed wyborami wszystko obiecują a potem to już zapominają o ludziach.
- No a jak ktoś zachoruje albo pożar? To co?
- A to wówczas przyjeżdżają z Rybołów.
- A zakupy? Nie widzieliśmy żadnego sklepu.
- Z tym nie ma problemu. Zamawia pan co pan trzeba i przywożą samochodem do domu. Co pan chcesz.
Kurcze, czasem naprawdę trzeba takie wsie odwiedzić, żeby docenić co się ma. Asfalt na ulicy, sklep na osiedlu, SKM-kę do Trójmiasta co pół godziny. I jak się spóźnia 5 minut to się człowiek wścieka. A tu mają dwa autobusy na dzień.
Wjeżdżamy do Krainy Otwartych Okiennic. Jest to szlak wiodący przez trzy wsie: Trześcianka, Soce i Puchły. Ich specyfiką są kunsztownie zdobione drewniane domy, a szczególnie okiennice.
W Puchłach oglądamy Cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej. Pomalowana na niebiesko jest naprawdę piękna.
DSC06056
Dojeżdżając do Trześcianki mamy spotkanie z psem. W sumie obok samochodów jest to jedno z głównych zagrożeń rowerzysty.
Bydle wyskoczyło z pod samochodu i dawaj z zębami na człowieka. Na szczęście Justyna jechała kilka metrów za mną i kundel skupił się na mnie. Co było robić. Przypomniałem sobie program oglądany w National Geographic. Ryknąłem na gnoja, ten podkulił ogon i zwiał. Justyna była w szoku. Ja w sumie też. :)
DSC06072
Dalej  jedziemy wojewódzką 685 prowadzącą do Hajnówki. Przed Narwią szlak zakręca w lewo i prowadzi w kierunku Narewki. Skręcamy. Początkowo asfalt, który niestety bardzo szybko zamienia się w piach. Mijamy kolejne wsie. W niektórych nie ma nawet asfaltu.
Ciekawy obiekt znajduje się we wsi Ordynki. Jest to Skit (pustelnia) Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich, ważne miejsce dla wyznawców prawosławia.
W końcu jesteśmy w Narewce. Ciekawe miejsce. Krzyżuje się tu 6 szlaków rowerowych. We wsi można zobaczyć obiekty sakralne 4 wyznań. Znajduje się tu również pomnik Danuty Siedzikówny „Inki”, która urodziła się w pobliskiej Guszczewinie.
Do Białowieży zostało jeszcze 15 km przez las. Ruszamy. Ja mam nadzieję że zobaczymy żubra. Justyna wręcz przeciwnie. Ona ma szczęście, ja niestety nie.
Na wjeździe do Białowieży odwiedzamy skansen z budynkami ludności ruskiej Podlasia.
Po przejechaniu 115 km jesteśmy na miejscu. Nocleg mamy w Pensjonacie „Świtezianka”. Nocowaliśmy tam już dwa lata temu. Dostajemy nawet ten sam pokój. Czas na odpoczynek.
DSC06088

Dzień 4 – Odpoczynek
Po przejechaniu 293 km jeden dzień postanawiamy odpocząć. Ponieważ Park Narodowy zwiedzaliśmy gdy byliśmy tutaj dwa lata temu, teraz postanawiamy się pokręcić rowerami po Białowieży i okolicy.
Odwiedzamy Park Pałacowy z XIX wieku, zaprojektowany przez Waleriana Kronenberga,  w którym można zobaczyć obelisk, upamiętniający polowanie Augusta III Sasa w 1752 r, oglądamy cerkiew prawosławną pw. św. Mikołaja Cudotwórcy z 1895 roku oraz kościół katolicki pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus zbudowany w stylu neorenesansowym z 1927 roku wg projektu Borysa von Zinserlinga.
DSC06125

Warto również zobaczyć stację kolejową Białowieża Towarowa, gdzie można wstąpić do Restauracji Carską (drogo więc odpuszczamy). Kierujemy się do granicy z Białorusią. Niestety, aby ją przekroczyć należy mieć wizę, której my nie posiadamy.
Jedziemy do Rezerwatu Pokazowego Żubrów, a dalej na Szlak Dębów Królewskich.
W sumie tego dnia przejechaliśmy 52 km. No ale w końcu miał być relaks więc był.
DSC06148

Dzień 5 – Najcięższy dzień
Był ciepły czerwcowy dzień. Dwoje rowerzystów, Justyna i Tomek planowali tego dnia dojechać do Kruszynian. Nawet nie podejrzewali że będzie to najcięższy dzień ich przejazdu. Ale nie uprzedzajmy faktów ;)
Zaczęło się spokojnie. Przez Teremiski i Budy (gdzie można odwiedzić Skansen „Sioło Budy” dojeżdżamy do Narewki. Dalej wojewódzką drogą 687 zmierzamy nad Jezioro Siemianowskie. Jest to zaporowy zbiornik wodny powstały w latach 1977-1990. Przy jego tworzeniu zatopiono przy ok kilka wiosek.
My dojeżdżamy do wsi Rybaki, gdzie nad jeziorem zbudowano pomost oraz miejsce na ognisko. Kręci się tam całkiem sporo ludzi.
Docieramy do wsi Jałówka. Przed wojną mieszkało tam 4000 ludzi, w chwili obecnej zostało raptem 300 osób. W sumie się nie dziwię. Co tam można robić? Młodzi wyjechali, starsi umierają.
W wsi można zobaczyć Cerkiew pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego. Wygląda jakby ufo na dachu wylądowało. Ciekawym miejscem są ruiny kościoła pw. Św. Antoniego. Kościół, zbudowany w drugiej połowie XIX wieku został zniszczony przez Niemców w 1944 i do tej pory nie został odbudowany.
DSC06183
Niestety, po wyjeździe z Jałówki w stronę Bobrowników zaczyna się najgorszy odcinek drogi. Piasek, piasek, piasek, jeszcze trochę piasku i piasek. I żeby to było jeszcze utwardzone. Ale gdzie tam. Jest tak miękki że trzeba pchać rowery i to w dużej części pod górę. Nawet w mijanych wsiach nie ma utwardzonej drogi. Tylko czasem spod piasku wystają kocie łby. Mamy dosyć. Justyna załapuje totalnego wkur…. Spotykamy funkcjonariuszy Straży Granicznej. Chwilę z nimi rozmawiam. Proszą żebyśmy się nie zbliżali do mostu na granicy, bo mają tam założoną kamerę. W tym momencie minęła nas moja małżonka, mówiąc głośno „I co ja tu kur…. robię? Zamiast łazić po sklepach w Rivierze to zapier…. po piasku.” Pogranicznik spojrzał na mnie i stwierdził: „Będzie miał pan ciężki urlop”. Wiem – padła moja odpowiedź.
DSC06185
Dojeżdżamy do granicy z Białorusią w Bobrownikach. Oprócz wielkiej kolejki samochodów i kilku smutnych szarych bloków nic tam nie ma. Do Kruszynian zostało nam jeszcze 9 km.
Mijamy wieś Łużyny. Tuż za nią kończy się powiat białostocki a zaczyna się sokólski. Równo z granicą powiatów zaczyna się ASFALT!!!! Piękny, gładziutki. Kurcze, jak to jest? Budżet powiatu białostockiego jest o wiele wyższy a nie mogą zadbać o porządne drogi?
Jesteśmy w Kruszynianach. Jest to miejsce godne odwiedzenia. Wieś została nadana 12 marca 1679r.  Tatarom przez króla Jana III Sobieskiego. Tatarzy (zwani Lipkami) byli muzułmanami, którzy walczyli po stronie Polskiej w wojnie z Turkami. Do tej pory mieszka tam mniejszość tatarska.
Oczywiście będąc w Kruszynianach należy odwiedzić drewniany meczet. Jest to najstarszy zachowany do dzisiaj meczet tatarski w Polsce. Niestety w czerwcu ubiegłego roku został pomalowany przez jakichś skur….. i w tej chwili trwa jego remont. Nie chcę tutaj bawić się w wywody polityczne, bo nie o tym jest ten blog, ale ci ludzie żyją tu od setek lat, byli wierni Rzeczpospolitej a ten budynek jest zabytkiem.
DSC06195
Za meczetem znajduje się mizar czyli muzułmański cmentarz. Też wart odwiedzenia.
Nocleg znajdujemy w „Dworku pod lipami”
Przejechaliśmy prawie 83 km. Był to najbardziej męczący dzień.

Dzień 6 – to już jest koniec.
Do Augustowa z Kruszynian zostało nam 106 km. Stwierdzamy że damy radę, ewentualnie wsiądziemy w Sokółce w pociąg.
Pierwszy przystanek robimy sobie w Krynkach. Znajduje się tam jedyne w Polsce i podobno jedno z dwóch w Europie (drugie jest w Paryżu) rondo, z którego odchodzi 12 ulic. Ten układ przestrzenny pochodzi z drugiej połowy XVIII w, kiedy to podskarbi litewski Antoni Tyzenhauz przebudował miasto po wielkim pożarze.
W Krynkach warto również zobaczyć zbudowaną w 1864r. Cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy oraz Kościół Świętej Anny.
Zastanawiamy się w którą stronę jechać dalej. Do wyboru mamy dwie drogi – albo drogą wojewódzką do Sokółki albo bocznymi drogami wzdłuż granicy z Białorusią. Niestety, zachodzi obawa że boczna będzie piaszczysta, a na powtórkę z dnia wczorajszego nie mamy specjalnej ochoty. Na szczęście dowiaduję się, że niedawno położono tam asfalt i droga jest bardzo dobra.
Ruszamy. Po drodze oglądamy w Jurowlanach cerkiew pw. Świętego Jerzego z 1870r. Spotykamy tam też pierwszych od kilku dni sakwiarzy. Pogoda ładna, tereny też a rowerzystów zero. Dziwne.
DSC06239
Jedziemy dalej. Jest pięknie, do granicy z Białorusią kilkanaście metrów. W mijanych wsiach można zobaczyć dwie charakterystyczne dla tego regionu rzeczy: gniazda bocianie oraz kapliczki, ustawione praktycznie przed każdym domem.
DSC06284
Dzwoni do nas Grzegorz. Mówi że na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają deszcze. Proponuje że po nas przyjedzie. Ok. Umawiamy się w Dąbrowie Białostockiej.
Jesteśmy w Bohonikach. Znajduje się tutaj meczet zbudowany prawdopodobnie w 1873r. oraz największy w Polsce mizar.
Naprzeciwko meczetu znajduje się Dom Pielgrzyma, gdzie można zjeść potrawy  kuchni tatarskiej. Ponieważ czas na jakiś posiłek, postanawiamy skorzystać. Zamawiamy Pierekaczewniki z mięsem, serem i jabłkami a także samsę z kurczakiem i kompot „Aszura”. Za wszystko płacimy 30 zł a jesteśmy najedzeni jak bąki.
DSC06262
Dojeżdżamy do Sokółki. Przystanek robimy przy zbudowanym w latach 1840-1848 kościele św. Antoniego. I tu zagadka. Przy kościele duży parking, od cholery autobusów, kupa turystów (wszyscy z biura Moher-travel) latają przy tym kościele. Co jest grane? Kościół ładny, ale takich obiektów w Polsce jest sporo. O co tu chodzi? Sprawdzam w Internecie wiadomości na temat kościoła. Sprawa wyjaśniona. W 2008r. miał tu miejsce „cud eucharystyczny”, nie uznawany jednak oficjalnie przez władze kościelne. Nie przeszkadza to oczywiście wiernym w pielgrzymowaniu. My oglądamy jeszcze cerkiew św. Aleksandra Newskiego i ruszamy na ostatni etap. Do mety zostało nam 30 km. Trasa spoko, tylko ruch spory, jednak bez problemów dojeżdżamy na miejsce. Za nami 76 km. Po minucie przyjeżdża Grzegorz.
Kończymy naszą przygodę rowerową. W sześć dni przejechaliśmy 505 km. Czy było męcząco? Oj było. Czy było warto? Na pewno. Byliśmy w miejscach gdzie samochodem na pewno byśmy nie dotarli (bo byłoby szkoda samochodu). Mieliśmy możliwość zobaczyć jak żyją inni, jak wygląda Polski wschód. Dzięki temu doceniamy te drobne rzeczy, które mamy na co dzień, co wydawałoby się nam tak oczywiste i „należące się”. A poza tym wszystkim są tam piękne tereny, przyroda i zabytki które koniecznie należy zobaczyć
DSC06271
p.s Na drugi dzień faktycznie lało cały dzień.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>