Z wizytą u Drakuli. Rumunia 2013.

- Zwariowaliście??!! Do Rumunii??!! Tam was okradną i zabiją!!!
- Gdzie jedziecie?? Do Rumunii?? Tam jest syf i brud!! Okradną was.
Takie i podobne teksty słyszeliśmy od rodziny i znajomych, kiedy mówiliśmy gdzie wybieramy się na wakacje. Przeciętnemu Polakowi Rumunia kojarzy się jednoznacznie: Cyganie, złodziejstwo, brud, bałagan i dziurawe drogi. My jednak postanowiliśmy sprawdzić ile w tych przepowiedniach i stereotypach jest prawdy.
O kierunku wakacji zdecydował los. Któregoś dnia moja lepsza połowa zadała sakramentalne pytanie: To gdzie jedziemy w tym roku? Francja czy Włochy?
Stwierdziłem, że rzucimy monetą. Orzeł to Francja, reszka – Włochy.
- A jak spadnie na kant?
To pojedziemy do Rumunii – zaśmiałem się rzucając monetą. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale po upadku na ziemię moneta potoczyła się i oparła o ścianę. A więc Rumunia. A ponieważ nie damy rady całej objechać, postanawiamy odwiedzić Transylwanię.

Witaj Rumunio
Na wakacje ruszamy nasza Skodą, zwaną przez nas Merkawa. Granicę przekraczamy w Barwinku, stąd do Aradu jest jeszcze ponad 450 km. Droga prowadzi przez Słowację i Węgry.
Aby uniknąć opłat na Słowacji (10-cio dniowa winieta kosztuje 10 euro) poruszamy się bocznymi drogami, które są bezpłatne. Szału nie ma. Drogi dziurawe, brudno. W miastach i wsiach, przez które przejeżdżamy widać biedę. Wschodnia Słowacja nie zachwyca.
Granicę z Węgrami przekraczamy w Sátoraljaújhely. W mieście tym toczy się akcja powieści Kazimierza Sejdy pt. C.K. Dezerterzy. Nie mamy jednak czasu na zwiedzanie. Po zakupie winiet (68,50 PLN na 10 dni – tutaj nie dało się ich uniknąć) kierujemy się przez Tokaj i Nyíregyháza na Debreczyn. Jest to drugie co do wielkości miasto Węgier. I zaczynają się kłopoty. Za cholerę nie możemy znaleźć drogi w kierunku rumuńskiej granicy. Zatrzymuję się przy jakimś salonie samochodowym i idę spytać o drogę.
– Skąd jesteście? – pyta pracujący tam facet
– Z Polski.
Lengyel, Magyar – két jó barát – słyszę w odpowiedzi.
Gość tłumaczy nam jak dojechać do wylotówki z Debreczyna w kierunku granicy. Jedziemy. Na początku wszystko idzie ok. ale w pewnym momencie znak wskazujący kierunek na Oradeę jest przekreślony. Cholera, może następny zjazd. Niestety, znów zaczynamy się kręcić po mieście. W pewnym momencie wykrzykuję: Jak tam pojechać? Boże, daj mi jakiś znak!! Podnoszę wyżej głowę i co widzę? Znak wielkości małego słonia pokazujący kierunek do granicy.

Granicę z Rumunią przekraczamy w Borș, gdzie kupujemy winiety ( za 7-mi dniową płacimy 3 euro), wymieniamy euro na rumuńskie leje i przez Oradeę kierujemy się do Aradu. Mamy tam zarezerwowany hotel. W sumie to jedyny nocleg który mamy zaklepany. Trzeba też przestawić zegarki godzinę do przodu.
Prowadzę. W pewnym momencie Justyna pyta: Dlaczego wyprzedzasz te trzy samochody na ciągłej linii? Cholera – przysnąłem za kierownicą. Oboje jesteśmy zmęczeni. Postanawiamy zatrzymać się na jakimś parkingu. Przedstawia on obraz nędzy i rozpaczy. Śmieci wysypują się z kosza i walają wszędzie dookoła. W zasadzie cały parking jest nimi zawalony. To jedna z przypadłości Rumunów. Jak nie ma kosza to wywalają odpadki byle gdzie (nie żebym się czepiał. U nas to niestety też powszechne zjawisko).
W końcu jesteśmy na miejscu. I tu kolejny cud. Bez najmniejszych problemów znajdujemy Hotel Crisana, gdzie mamy zarezerwowany  pokój. Za dwójkę ze śniadaniem płacimy nieco ponad  130 zł. Pokój jest ładny i czysty, za hotelem znajduje parking gdzie zostawiamy Merkawę. Szybki prysznic i drzemka.
Gdy w miarę dochodzimy do siebie idziemy pokręcić się po mieście. Arad mały nie jest. Liczy ponad 150 tys. mieszkańców. My spacerujemy po centrum. Oglądamy XIX-to wieczny ratusz, teatr wybudowany w 1874r., Pałac Neumann w którym obecnie znajduje się McDonald’s. Schodzimy też nad płynącą przez miasto rzekę Maruszę. Ogólnie całkiem przyjemne miasto ale bez większego szału. Zobaczymy co przyniesie kolejny dzień.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ratusz w Aradzie

W obozie Legionu „Gemina”
Po śniadaniu ruszamy w kierunku na Deva. Przy wyjeździe z Aradu tankujemy samochód. Paliwo nieco droższe niż u nas. W pobliżu stacji kręcą się przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Nie różnią się od tych stojących u nas. Brzydkie, umalowane gorzej niż mój najgorszy model, ubrane jak na ten zawód przystało czyli koszmarnie.
Wbrew obawom i stereotypom droga bardzo dobra. Mamy również możliwość bliższego poznania rumuńskich kierowców. W sumie są bardzo podobni do tych z naszej ojczyzny. Też mają w głębokim poważaniu przepisy ruchu drogowego. Przekraczają prędkość, wyprzedzają na ciągłej, nie używają kierunkowskazów.
Pierwszy postój mamy w miejscowości Lipowa. Jest to niewielka mieścina, licząca niecałe 12 tysięcy mieszańców. Nas interesuje Sanktuarium Maryjne „Sfanta Maria” z XVIII wieku. Niestety, z zewnątrz jest w remoncie i dokładnie zastawione rusztowaniami.
2 km za miastem na wzgórzu widać ruiny starego zamczyska. Są to pozostałości wzniesionej w 1278r. fortecy Soimos, która strzegła dostępu do Transylwanii. Z pod murów twierdzy roztacza się piękny widok na okolicę.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Soimos

W Gurasadzie oglądamy XIII wieczny kościół pod wezwaniem Michała Archanioła. Niestety jest zamknięty więc oglądanie wnętrza odpada. Gdy tak spacerujemy wokół budowli podchodzi do nas jakiś starszy gość i coś zagaduje. I tu pojawia się problem. Mężczyzna mówi do nas po francusku, a ja w języku Balzaca umiem powiedzieć jedynie „Normandie‘’.  Ja startuję z językiem angielskim i rosyjskim ale efekt jest raczej marny. W końcu w mieszance rumuńsko-polsko-francusko-angielsko-rosyjskiego dowiadujemy się że za ok godzinę ktoś przyjdzie i nam otworzy. Niestety, tyle czasu nie mamy.
Jedynym obiektem który nas interesuje w Devie to Kaufland. I tu kilka słów na temat robienia zakupów w Rumunii.
Waluta Rumunii jest lej rumuński, dzielący się na 100 bani. W przeliczeniu na złotówki jest to praktycznie jeden do jednego (dlatego dalsze ceny będę podawał w złotówkach). Z marketów najbardziej popularne są Lidle i Kauflandy a ceny w nich niewiele różnią się od naszych. Wszystko zależy od produktu. Niektóre są tańsze, niektóre droższe ale wielkich różnic nie zauważyliśmy.
Dojeżdzamy do Hunedoary. W mieście tym wznosi się średniowieczny zamek, uznawany przez wielu za najpiękniejszy w całym Siedmiogrodzie. Razem z  Justyną przyznajemy im rację. Budowla wymiata!! Jej początki sięgają XII wieku. Wówczas powstała niewielka twierdza należąca do Andegawenów, a po śmierci ostatniego męskiego potomka tego rodu władzę nad nią objął Zygmunt Luksemburski. Jednak największy rozkwit zamku przypada na panowanie rodu Hunyadych.
W chwili obecnej zamek jest udostępniony do zwiedzania. I tu mała ciekawostka. Bilet normalny kosztuje 20 zł a ulgowy tylko 5. Zasada ta obowiązuje w większości muzeów w Rumunii. Moja żona ma legitymację studencką, ja swoją edukację dawno skończyłem.  Jednak pseudonim z pracy zobowiązuje (Student) więc dzięki małemu wybiegowi oboje zwiedzamy zamek na ulgowych biletach.
W zamku można zobaczyć m.in. wielką sale balową, izbę tortur (wg. Justyny dość makabryczną. Pozwolę się nie zgodzić.) oraz postrzelać z łuku (niebyłym sobą gdybym nie spróbował). Dla wszystkich miłośników zamków i historii jest to pozycja obowiązkowa.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Po zwiedzeniu warowni zastanawiamy się gdzie jechać dalej. Decydujemy się na Alba Julie. Jest to strzał w dziesiątkę.
Nocleg znajdujemy w Pensjonacie Flamingo, tuż przy bramie prowadzącej do cytadeli. Płacimy 100 zł za pokój.
Historia miasta sięga czasów Imperium Rzymskiego, którzy założyli tutaj osadę Apulum. Stacjonował w niej XIII Legion Rzymski „Gemina”. W XII wieku Alba Iulia stała się stolicą Siedmiogrodu, następnie weszła w skład monarchii Habsburgów. 1 grudnia 1918r. proklamowano tutaj przyłączenie Siedmiogrodu do Rumunii. Dzisiaj jest to Dzień Niepodległości Rumunii.
Idziemy pozwiedzać XVIII-to wieczną twierdze Alba Carolina, nazwaną tak na cześć cesarza Karola VI. Tuż przed brama zauważam patrol 2 żandarmów. Podchodzę i po krótkiej wymianie zdań Justyna robi nam zdjęcie.
Teren cytadeli jest oblegany zarówno przez miejscowych jak i turystów. A jest co oglądać. Znajdują się tam m.in. resztki rzymskich murów, katedra rzymskokatolicka pod wezwaniem św. Michała z XIIIw czy Sobór Koronacyjny, gdzie w 1922r. został koronowany król Rumunii Ferdynand I.
Było coś dla ducha, ale czas pomyśleć o czymś dla ciała. A wybór jest spory. Spacerując po mieście zauważamy w pewnym momencie kilka połączonych ze sobą stolików, gdzie pieczone są jakieś placki. W miejscu stoi spora kolejka. Jeżeli jest tyle ludzi znaczy musi być dobre. Od młodych ludzi dowiadujemy się że są to placinki – placki które nadziewa się mięsem, serem, jabłkami itp. I faktycznie, smakują wybornie. Do tego zimne piwo. Czy można chcieć czegoś więcej?
W pewnym momencie ktoś do nas podchodzi i pyta po angielsku czy wszystko ok. Oglądam się i widzę żandarma z którym robiłem zdjęcie. Zaczyna nam opowiadać historię swojego miasta i kraju. Widać że jest z niej bardzo dumny, a że opowiada bardzo ciekawe ani się spodziewamy a zbliża się północ. Jemu kończy się służba a nam siły. Dziękujemy za wycieczkę i wracamy na kwaterę.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W Alba Iulia

W mieście Drakuli
Przed południem idziemy na spacer dookoła cytadeli. Droga prowadzi dawną fosą. Jeszcze niedawno była ona zasypana ziemią. Ogólnie Alba Iulia robi na nas bardzo pozytywne wrażenie.
Jednym z naszych problemów jest mała pojemność karty pamięci w aparacie. Aby temu zaradzić wziąłem pendriva. Chciałem zrzucać zdjęcia w kawiarenkach internetowych. I tu pojawiły się schody. Nie możemy namierzyć żadnej kawiarenki. Rozmawiam z dziewczyną pracującą w recepcji pensjonatu. Niestety. Z kawiarenkami jest problem, bo jak twierdzi większość ludzi ma komputery w domu. Ale jeżeli chcemy skorzystać z laptopa to może nam udostępnić swój. Rewelacja :)
Ruszamy do Sighisoary a po drodze mamy zamiar zwiedzić kilka warownych kościołów. Budowle były wznoszone przez mieszkańców Siedmiogrodu od XIII do XVII wieku. W przypadku zagrożenia (a następowało to dość często) mieszkańcy wsi chronili się w takich mini-warowniach. Siedem takich obiektów jest wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc głupio by było któregoś nie zobaczyć.
Oglądamy pochodzący z XV w. kościół w Seica Mica oraz wpisaną na listę UNESCO warownię w Valea Villor. Jednak najsłynniejszym i największym kościołem jest ten zlokalizowany w Biertan. Nie ukrywam – robi wrażenie. Niestety, gdy dojeżdżamy na miejsce zastajemy go na głucho zamknięty i możemy go obejrzeć tylko z zewnątrz.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kościoły warowne mają jeden minus a jest nim ich lokalizacja. Znajdują się bowiem w wiosnach oddalonych od głównej trasy o kilka – kilkanaście kilometrów. Dla samochodu to niby niewiele. W Polsce na pewno. Gorzej przedstawia się sytuacja w Rumunii. Doświadczamy tego chcąc odwiedzić dwa miejsca – Copsa Mare i Valchid. Z Biertan do pierwszej z tych wsi jest raptem 4 km. Ale droga!! Ja wiem że dotarła tam cywilizacja (można to stwierdzić po wiszących wszędzie drutach wysokiego napięcia –znaczy mają prąd) ale asfaltu nie uświadczysz. Jadąc tam stajesz przed wyborem – wpieprzyć się w mniejszą dziurę w drodze czy w większą. Bo że w którąś wpadniesz to pewne. Prędkość to max 10 km na godzinę.
Pod wieczór lądujmy w Sighisoarze. Nocleg dostajemy na starym mieście tuż przy Bramie Krawców. Koszt to 100 zł za pokój.
Mimo zmęczenia idziemy pospacerować po Starówce. Oczywiście najważniejsze to zobaczyć dom w którym urodził się Vlad Palownik, lepiej znany w świecie pod pseudonimem Drakula.
Kręcąc się po wąskich uliczkach Sighisoary zaczynamy robić się głodni. Postanawiamy spróbować polecanych w przewodnikach kiełbasek Mici. Są to małe kiełbaski z mielonej baraniny i wołowiny smażone na grillu. Siadamy w ogródku jednej z restauracji i zamawiamy dwie porcje tego specjału z ziemniakami i piwo. Za przepyszną kolację płacimy 31 zł.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rumuński Off Road
Wstajemy wyspani. Dziubasowi śnił się Drakula a mnie Donald Tusk. Nie mam pojęcia który sen straszniejszy.
Sighisoara to piękne miasto, której centrum zostało wpisane na listę UNESCO. Wycieczkę po jego zabytkach zaczynamy od średniowiecznego Kościoła na Wzgórzu, stojącego na szczycie Wzgórza Szkolnego ( 429 m n.p.m.). Dojdziemy tam krytymi Schodami Szkolnymi (Schuletreppe). Kiedyś liczyły sobie 300 schodów, w chwili obecnej 175. Służyły uczniom i nauczycielom podczas złej pogody jako bezpieczne dojście do szkoły.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Uliczka w Sighisoarze

Warta odwiedzenia jest również Wieża Zegarowa.  Została wzniesiona  najprawdopodobniej już w XIV wieku. Wejście na szczyt kosztuje 12 zł ale warto.
W Sighisoarze pojawia się znów problem kawiarenki internetowej i znów ratuje nas właścicielka pensjonatu, udostępniając swój komputer. Podczas gdy ja zrzucam zdjęcia z aparatu, ona pyta mnie o życie w Polsce i opowiada o życiu w Rumunii.
Trochę zasiedzieliśmy się w mieście Vlada Drakuli i w kierunku Braszowa ruszamy dopiero po 14. Po drodze chcemy zwiedzić dwa kościoły warowne i zamek.
Pierwszy z kościołów, z piękną wierzą zegarową, został wybudowany w 1493r.  i znajduje się w Saschiz. Niestety, ten również jest zamknięty. Na wzgórzu widać ruiny zamku chłopskiego.
Bardzo ciekawym miejscem jest wioska Viscri. Zarówno znajdujący się tam kościół jak i budynki zostały wpisane na listę UNESCO.
Ogólnie można stwierdzić że rumuńskie wsie są kolorowe. Co prawda w większości z nich bieda aż piszczy, ale domy są pomalowane na żywe kolory, brak jest tak powszechnej w popegeerowskich wsiach szarości.
Droga z Viscri to prawdziwy Off Road. Droga piaszczysta, pełna dziur. Jadę 5, max 10 km/h. Boję się przyspieszyć żeby nie rozwalić samochodu. Wiem że jest wytrzymały ale wolę nie przekraczać tej cienkiej granicy.
Po kilkudziesięciu minutach (i niezliczonej ilości słów wulgarnych) dojeżdżamy do asfaltu. Chyba jeszcze nigdy się tak nie cieszyłem widząc kawałek normalnej ulicy. Skręcamy w kierunku Rupei i po chwili naszym oczom ukazuje się zamek wznoszący się na wzgórzu. Jest to wybudowany w XIII wieku zamek chłopski.
Zamki chłopskie były rozpowszechnione w Niemczech (zwłaszcza Westfalii). Do Rumunii trafiły dzięki emigrantom niemieckim, którzy byli zwani Sasami Siedmiogrodzkimi. Zamek taki na co dzień nie pełnił funkcji mieszkalnej, a okoliczna ludność chroniła się w nim w chwili niebezpieczeństwa.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Rupea

Forteca znajdująca się w Rupei robi pozytywne wrażenie. Widać że włożono tam sporo kasy aby doprowadzić ją do takiego stanu. Gdyby w środku urządzić jeszcze jakieś wystawy byłby już komplet szczęścia.
W Braszowie zatrzymujemy się w Pensjonacie Noemi.  Samochód trzeba zaparkować w sporej odległości od pensjonatu. Parking płatny w automacie. Plus jest taki że blisko stąd do centrum. Braszów to ciekawe miasto, niestety robi się zimno, siąpi deszcz i to nam odbiera chęć zwiedzania. Kręcimy się trochę po Piata Sfatului która stanowi główny plac miasta i idziemy spać. Jutro obejrzymy to sobie dokładniej.

Tu rządzi Drakula
Po śniadaniu, składającym się głównie ze strudle mere (ciastko francuskie z jabłkami – pyszne) za 2 zł, idziemy do Czarnego Kościoła (Biserica Neagra). Kościół został konsekrowany w 1477r. Zapewne nastąpiłoby to dużo wcześniej, bo już w 1421r. kościół był na ukończeniu. Wszystko popsuli Turcy, którzy po najeździe na miasto dokładnie go spalili. Kolejne nieszczęście wydarzyło się w 1689r. Na skutek pożaru świątynia ucierpiała do tego stopnia, że odbudowa zajęła następne 100 lat.  Z tego okresu pochodzi właśnie jego nazwa, ponieważ został pokryty sadzą.
Zaglądamy również do Ratusza, gdzie mieści się informacja turystyczna. Niestety, trwa remont i tak wali farbą że ciężko wytrzymać. Pracujący tam ludzie muszą być wieczorem nieźle naćpani.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zegar na Czarnym Kościele

Braszow w słoneczny dzień przypada nam do gustu ale czas ruszać dalej. W planach mamy odwiedzenie dwóch słynnych zamków.

Pierwsza z fortec to zamek chłopski w Rasnovie. Założony został ok. 1215r. przez Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie  czyli krótko mówiąc Krzyżaków. Do Siedmiogrodu zaprosił ich król węgierski Andrzej II. Szybko się jednak przekonał co to za asy i czym prędzej ich ze swoich ziem wyrzucił. Niestety zaprosił ich do Polski Konrad Mazowiecki, a co się z tym wiązało to już wiemy z lekcji historii.
Po usunięciu chłopaków-krzyżaków zamek we władanie objęli okoliczni mieszkańcy. Służył im za schronienie w razie niebezpieczeństwa, dlatego była tam m.in. szkoła, kaplica z plebanią, ogrody warzywne. Zamek został zdobyty tylko raz, na początku XVII w przez księcia siedmiogrodzkiego Gabriela Batorego. Udało się tego dokonać po odcięciu obrońców od źródeł wody. Nauczeni doświadczeniem mieszkańcy zaczęli kopać w obrębie murów zamku studnię. Liczyła sobie 143m głębokości a praca zajęła 17 lat!!
Aby dostać się do zamku należy zaparkować pojazd na jednym ze znajdujących się w pobliżu parkingów (jeden płatny, drugi free) i ruszyć ulicą prowadzącą pod górę. Wersja dla leniwych – wjazd przyczepą ciągniętą przez traktor. Wersja dla lubiących spacer – 15 minut pod górkę (tak wyczytaliśmy w przewodniku, nam zajęło to może 5-7 minut.). Oczywiście jak przed każdym „szanującym się” zamkiem pod jego bramą muszą zasiadać lokalni handlarze. W sumie ta tradycja trwa od średniowiecza więc nikogo nie powinno to dziwić. Kiedyś można tam było kupić miody, mięsa, coś mocniejszego. Teraz pod rasnovską fortecą rządzi jeden niepodzielny władca – Drakula. Jego podobiznę można dostać pod każdą postacią – jako maskę, kubek, naklejkę, badziewną figurkę czy co tam jeszcze turysta chce.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Po zwiedzeniu zamku w Rasnovie mogę powiedzieć jedno – warto!!!

O Branie napisano że „ten zamek wybudowano z myślą o turystach”. I coś w tym jest. Komercja jest wprost przytłaczająca.
Bran, wzniesiony w latach 1377-82, reklamowany jest jako zamek Dakuli. Tak naprawdę Vlad spędził tam podobno raptem kilka nocy. Nie przeszkadza to oczywiścietysiącom odwiedzających go turystów ani okolicznym mieszkańcom, którzy mają z tego niezłą kasę.
Parkingów sporo, samochodów na nich też. Znajdujemy jakieś miejsce. Godzina płatna 4 zł.
Wejście na zamek to 20 zł dla dorosłych, 10 zł dla studentów. Oczywiście tak jak w Rasnovie i tu rozstawili się przekupnie. I podobnie jak tam głównym towarem jest Drakula.
Zabytek odwiedzić warto. Może nie tylko ze względu na Vlada, ale jeżeli ktoś lubi historię, to ominięcie go byłoby grzechem (przynajmniej dla nas).
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kierujemy się na Curtea de Arges. Tam chcemy przenocować i rano ruszyć Drogą Transfogaraska. Droga prowadzi przez przełęcze, w związku z czym jest bardzo kręta. Słońce świeci w oczy. W pewnym momencie omal nie wbijam się w furmankę wiozącą drewno.
Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy. Kończy się też dobra droga. Zaczynają się płyty i zryty asfalt. W pewnej chwili muszę gwałtownie hamować. Droga przed nami wygląda jakby gigantyczny jaszczur przerył ją pazurami. Do tej pory wiedziałem że Godzilla odwiedza Japonię, ewentualnie Stany Zjednoczone. Ale Rumunię??
Na noc zostajemy w Camping Bar Valentino. Koszt to 70 zł. Szału nie ma ale na jedną noc może być.
Siedzimy w ogródku i pijemy piwo Ursus. Oprócz nas jest jeszcze rumuńska rodzina. Zaczynamy rozmawiać. Przyjechali z Botosani. Opowiadają nam o Drodze Transalpina, zachęcają do zwiedzenia wąwozu Turda. Gadamy o życiu w naszych krajach, o różnicach i stereotypach. Bardzo sympatyczni ludzie.
P.S. Jak prawidłowo odczytać kolory dróg na mapie Rumunii:
kolor czerwony – jest ok., można spokojnie jechać.
kolor żółty  – o rzesz kur……
kolor biały – o rzesz kur…., ja pier…. Jak możesz nie zbliżaj się do niej.

Droga Transfogaraska czyli „genialny” pomysł Słońca Karpat.

W 1968r. Czesi i Słowacy stwierdzili że mają już dość sytuacji która panuje w ich kraju i postanowili coś zmienić. Te zmiany skończyły się wkroczeniem do Czechosłowacji „z bratnią pomocą” wojsk państw Układu Warszawskiego (w tym niestety również wojsk polskich L ). Rządzący w tym czasie Rumunią Nicolae Ceaușescu zaczął poważnie obawiać się że jego rodacy również mogą mieć podobne pomysły (jak pokazała przyszłość zupełnie słusznie). Wpadł więc na pomysł wybudowania drogi przez Karpaty, aby sprawniej przerzucać wojska z jednej na drugą stronę gór. Droga ta jest drugą po Transalpinie, najwyżej położoną droga w Rumunii – osiąga 2034 m n.p.m.

Pierwszy przystanek robimy przy ruinach zamku Poenari (rum. Cetatea Poenari). To właśnie tutaj rezydował Vlad Tepes czyli pierwowzór Drakuli. Na szczyt wzgórza wiedzie 1480 schodów. Przed wejściem witają nas dwa pale z wbitymi na nie manekinami. Może i jest to lekko makabryczne, ale to w końcu z tego słynął Vlad Palownik. Z murów twierdzy roztacza się piękny widok na okolicę.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalej szosa wiedzie wokół jeziora Vidraru. Stojąc na zaporze można podziwiać panoramę jeziora. Tylko niech nikomu nie wpadnie do głowy patrzenie w dół. To co tam ujrzymy może odebrać cały urok.

Droga wznosi się coraz wyżej. Jest dość kręta, stan asfaltu dupy nie urywa. Ale te widoki!!! Dla nich warto tu wjechać.
Na szczycie robimy postój. Ludzi mnóstwo. Sporo tutaj różnego rodzaju straganów, na których można kupić m.in. lokalną żywność. My kupuje mamałygę, kiełbasę z osła i rumuński bimber z czarnego bzu (później miałem lekkie obawy żeby się napić. Stwierdziłem że będę go próbował w ciągu dnia. Jak zacznie się ściemniać, zdążę wezwać pogotowie).
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podczas spaceru wokół jeziora Balea widzimy jak od strony północnej wjeżdża na szczyt trzech niemieckich rowerzystów. Szacunek. Wjechać z sakwami na taką wysokość. Mówię im że do szczytu mają jeszcze tylko 200 metrów. Bardzo się ucieszyli na tą wiadomość.

Zjeżdżamy na dół do  Sybina (Sibiu). Nocleg znajdujemy w centrum miasta w Pensjonacie Leu przy Strada Moş Ion Roată. Koszt to 100 zł za pokój.
Zwiedzanie Sybina zaczynamy od Mostu Kłamców. Legenda głosi, ze jeżeli kłamca na niego wejdzie, most się zawali (sprawdziłem, to bzdura  8-) ).
Na kolację jemy gogosi z serem i z wiśniami. Pycha!!

W Sibiu.
Sybin (rum. Sibiu) to piękne miasto z dobrze zachowaną starówką a jego historia sięga XII wieku. Mało brakowało, a Stare Miasto zostałoby zniszczone w 1989r. Wówczas miało się rozpocząć wyburzanie zabytków w związku z planowaną systematyzacją (cokolwiek by to miało znaczyć). Na szczęście do tego nie doszło. Wówczas nie mielibyśmy możliwości zobaczenia Mostu Kłamców, Pałacu Brukenthal, Wieży Ratuszowej i wielu innych budynków.

 Jednym z najciekawszych muzeów jest ASTRA – Muzeum Cywilizacji Ludowej. Znajduj się ok. 7 km od centrum. Jest to skansen z domami, młynami, kościołami i wszelką inną zabudowa, która kiedyś znajdowała się na terenie dzisiejszej Rumunii. Zwiedzamy go ponad 3 godziny (i to dość raźno). Justyna jest zachwycona, mnie też się podoba (brakowało mi tylko małego czołgu. Mógł być naprawdę malutki). Wejście do muzeum dla dorosłych to koszt 17 zł. Studenci mogą je zwiedzać za 3,5 zł.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy do Cisnadoary aby zobaczyć znajdujący się tam kościół warowny. Warto. Zbudowany na szczycie wzgórza, roztacza się stamtąd widok na okolice.

Zastanawiamy się co robić dalej. Proponuję aby jechać do Klużu. Kierunek dobry jak każdy inny, a przy okazji zobaczymy wąwóz Turda.
Zaczyna się ściemniać. Czas znaleźć nocleg. Niestety albo są drogie, albo odstręczające albo brak miejsc. Podczas poszukiwań udaje mi się wjechać na krawężnik i zgubić kawałek błotnika. Cóż, straty musza być.
Zatrzymujemy się w Turdzie, w Hotelu Central. 130 zł za pokój. Śniadanie nie jest wliczone w cenę, ale pokój ładny i czysty. Bierzemy.

To już jest koniec.
Po pobudce i śniadaniu jedziemy do oddalonego o ok. 13 km wąwozu Turda (Cheile Turzii). Wąwóz ten liczy sobie ok. 3 km długości, a skały wznoszą się nawet na 300 metrów w górę. To jedno z piękniejszych miejsc jakie widzieliśmy podczas tych wakacji.
Kolejnym przystankiem jest Rimetea. Wioska liczy sobie niecałe 2000 mieszkańców i położona u stóp Góry Seklerskiej (rum. Piatra Secuiului; 1129 m n.p.m.). Zachowały się tam domy z XVIII w. Władze chcą wpisania Rimetei na listę UNESCO. Myślę, że warto.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wąwóz Turda

Kierujemy się do Klużu a w zasadzie Kluż-Napoka, bo tak od 1974r. nazywa się to miasto. Aby tam się dostać trzeba wjechać na przełęcz Feleac (711 m n.p.m.). Rozpościera się stąd panorama Klużu.
Samochód zostawiamy w samym centrum miasta, na Piata Unirii. Jest to główny plac miasta, na którym stoi Kościół św. Michała z XIII wieku. Jest to największy kościół w kraju. Przed kościołem ustawiono pomnik Króla Macieja.
Spacerujemy po centrum. Ciekawe miasto, pełne ładnych, zabytkowych budynków. W pewnym momencie zauważamy pomalowany na biało rower. Ma on upamiętniać wszystkich rowerzystów, którzy zginęli w wypadkach.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czas wracać.  Już po ciemku ruszamy w stronę granicy. Za ostatnie rumuńskie leie kupujemy paliwo. Żegnaj Rumunio. A może lepiej – Do Widzenia.

Strerotypy o Rumunii:
Każdy Rumun to Cygan
Bzdura. W dużych miastach Cyganie nie rzucają się w oczy. Są dzielnice gdzie jest ich sporo (jak mówią sami Rumuni lepiej się tam nie zapuszczać), ale w centrum ich nie widać. Za to sporo jest ich we wsiach. Sami Rumuni, mówiąc delikatnie, nie przepadają za Romami.

W Rumunii kradną.
Nie wiem ilu w Rumunii jest złodziei ale zapewne nie więcej niż w Polsce. Nas w każdym bądź razie nikt nie okradł ani nie oszukał.

Jest tam kupa żebraków.
Jedyną żebrzącą osobę widzieliśmy w Sybiu. Był to starszy mężczyzna, z pewnością nie wyglądający na Cygana.

Drogi są w tragicznym stanie.
Główne drogi w kraju nie odbiegają standardem od Polskich. Niektóre są nawet lepsze. Te które łączą mniejsze miejscowości i wsie istotnie dupy nie urywają (ale mogą urwać podwozie). W wielu miastach brak jest kratek ściekowych. Powtykane są w tych miejscach gałęzie. Trzeba bardzo uważać aby nie wlecieć w taką pułapkę.

Za turystami łażą tabuny żebrzących dzieci
Kolejna bajka. Nawet w małych wioskach, gdzie żyli głównie Romowie nikt za nami nie chodził. Nikt też nie chciał wcisnąć nam na siłę żadnych „pamiątek”.

Czy warto jechać do Rumunii? Warto!! Jest to piękny kraj ze wspaniałą przyrodą i ciekawymi zabytkami. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ceny są zbliżone do Polski więc nie jest tam mega drogo jak w krajach nastawionych na turystykę. Czy my tam wrócimy? Na pewno. Tym razem chcielibyśmy zobaczyć deltę Dunaju.

 

 

 

 

Jedno przemyślenie na temat “Z wizytą u Drakuli. Rumunia 2013.”

  1. ~Angela pisze:

    Ciesze się, że trafiłam na tego bloga. Świetnie się go czyta, podróże naprawdę ciekawe. Zaczęłam i nie mogę się oderwać :) z przyjemnością poznam dalsze kierunki sprawnie opisane (wywołują uśmiech na twarzy :D). Dodaje do czytanych blogów. Warto :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>